Myśl na dwudziestą ósmą Niedzielę zwykłą

Opowieść Ewangelii Mateusza doprowadziła nas do chwili, w której jesteśmy świadkami konfrontacji Jezusa z poszczególnymi grupami Jego oponentów. Kolejne potyczki słowne przeplatane są, jak komentarzem, jezusowymi przypowieściami. Kapłani i faryzeusze „zrozumieli, że o nich mówił, dlatego usiłowali Go pojmać”, ale potrzebowali dobrego pretekstu, aby to uczynić. Przed nami kolejna próba schwytania Jezusa w pułapkę z pozornie niewinnie brzmiących słów. Tym razem nie chodzi o sprawy wiary, ale o sprawy życia codziennego – podatki i konieczność ich płacenia. Wydaje się, że nie ma dobrego wyjścia. Jeśli Nauczyciel z Nazaretu każe płacić – zostanie przedstawiony jako zdrajca Narodu Wybranego, a pośrednio współpracownik Rzymian, może nawet i bałwochwalca; jeśli odmówi płacenia – zostanie buntownikiem, wzywającym do kolejnych rozruchów, które Rzymianie zapewne znów krwawo stłumią, jako mający już w tym wprawę pacyfikatorzy żydowskich snów o niepodległości. Pytający faryzeusze, zapewne zadowoleni z geniuszu przebiegłości własnej gry, nie uwzględnili jednak jednego – Jezus przeniósł ich pytanie z poziomu spraw tego świata na poziom spraw ducha. Nie tyle jest ważne, czy i jak się komu płaci – ważne, żeby oddać każdemu to, co się jemu należy. Liczy się więc nie fiskalna poprawność, ale sprawiedliwość w oczach Boga. Można, a nawet trzeba, oddać Cezarowi co Cezara, którego wizerunek umieszczano na monetach. Nie można jednak zapomnieć, że można, a nawet trzeba Bogu oddać to, co boskie, zwłaszcza życie człowieka, który nosi na sobie boży obraz i podobieństwo. Cezar niech sobie weźmie swoje pieniądze. Życie człowieka i tak należy do Boga.

Źródło: mateusz.pl